środa, 14 lipca 2010

Pochwała zdziecinnienia 1/2

Z określeniem ‘zdziecinnienie’, użytym w stosunku do współczesnej kultury, po raz pierwszy zetknąłem się chyba podczas lektury "Apologii przypadkowości" Odo Marquarda* . Zapewne to stamtąd pochodził pierwotny, nieuświadomiony jeszcze impuls, który bieg mojej refleksji tak często kierował ku tej płodnej metaforze. Myśląc o teraźniejszości zacząłem coraz systematyczniej stosować to porównanie. W końcu jego ciągła, powtarzająca się obecność sprawiła, iż na nowo wytropiłem źródło, z którego mogło pochodzić.

W owym też czasie, uwrażliwiony na tym punkcie, coraz częściej zacząłem się stykać z metaforą zdziecinnienia w innych tekstach, głównie filozoficznych*. Chyba najpełniejszy wyraz tego, co zawsze starałem się uchwycić, porównując specyficzny stan świadomości człowieka do osobowości dziecka, odnalazłem u Lyotarda, który, jak się okazało, przy wielu okazjach sprawnie posługiwał się tą przenośnią*.
Zanim wyjaśnię, co konkretnie mam na myśli, opatrując stan świadomości człowieka mianem ‘zdziecinniałego’ oraz czemu określenie to wywołuje we mnie tak duży entuzjazm, pragnę jeszcze w kilku słowach wytłumaczyć się z samego faktu użycia przenośni. Wydaje mi się, że tak natrętna i wyeksponowana - czyż mogła być bardziej? wszak jest tu sprawą kluczową - obecność symbolu wymaga wyjaśnienia. Otóż sądzę, iż metafora jest najbardziej adekwatnym środkiem wyrazu, jaki można w obecnym momencie zastosować do tematu, który poruszę w tym tekście. Być może, gdy zagadnienie to obrośnie w większą ilość fachowych i ścisłych komentarzy, pojawi się też lepszy sposób jego ujmowania, bardziej precyzyjny i jednoznaczny. Lecz w chwili obecnej subtelna niedookreśloność metafory wydaje się tu jak najbardziej na miejscu, gdyż odsyła do z grubsza tylko wyznaczonej przestrzeni semantycznej wypełnionej poszukiwanymi przeze mnie sensami*. To po pierwsze. Po drugie zaś wieloznaczność przenośni wydaje się odpowiednia do zastosowania w tekście, którego nadrzędnym celem jest nie uczenie, lecz inspirowanie.
Jakie są sensy zawarte w metaforze ‘zdziecinnienia’? Jest ich wiele i po raz pierwszy podejmując próbę systematycznego ujęcia tego zagadnienia, mam problemy z ich trafnym uchwyceniem. W tym miejscu mógłbym oddać się chaotycznemu wyliczaniu epitetów, które uznałbym za adekwatne do interesujących mnie treści. Aby tego uniknąć, narzucam sobie rygor: przytoczę tu trzy słowa-klucze i na nich oprę swoje rozważania*. Słowa te to: świeżość, niewinność, elastyczność. Odnoszę je do stanu umysłu, myśląc tu raczej nie o stanie powszechnie występującym, ale - pożądanym. Śpieszę teraz z wyjaśnieniem tych terminów.
Świeżość umysłu wyraża się pierwotnym zaangażowaniem w jego zetknięciach ze światem myśli i rzeczy, poznawczym pobudzeniem, stojącym na przeciwnym biegunie, niż epistemiczne zblazowanie, zabójcze dla prawdy znudzenie natłokiem nowych faktów. Widziane przez pryzmat nieświeżych teorii i uprzedzeń jawią się jedynie jako coś niegodnego zainteresowania oraz akceptacji lub jako li tylko kolejna wariacja na temat już zaakceptowanego. W ten sposób percypując świat napędza się upiorny młyn hermeneutyczny. Miażdży on rzeczywistość z miarowym zgrzytem zardzewiałych trybów refleksji, zasiedlony zaciętym milczeniem widmowych, martwych prawd.
Kto może odstąpić od tej tytanicznej machiny, której dobro obwarowane jest legionem podejrzanych wartości, nie będących poznawczymi? Jedynie umysł silny i świeży, nie zmęczony czczą szamotaniną z dogmatami i pewnikami, umysł pozbawiony uprzedzeń, cechujący się epistemiczną niewinnością. Jego intencją nie jest stłamszenie rzeczywistości ciężkimi ideologiami, nie narzuca on światu swojego obrazu, lecz obraz ten konstruuje w nieustającym dialogu. Pozostaje więc on w ciągłym stanie autentycznej komunikacji z dynamiczną i polimorficzną sferą ducha oraz materii. Konieczność dostosowania się do sytuacji permanentnej zmiany - która nie musi tu mieć statusu twierdzenia metafizycznego, ale chociażby tylko poznawczego, wskazującego na to, że gmach ludzkiej wiedzy nigdy nie został i, być może, nie zostanie ukończony - wymaga od niego elastyczności, zdolności do współistnienia z tą nieokiełznaną dynamiką, która jest jedyną osnową jego egzystencji*.


Przypisy:

1. Odo Marquard, "Wiek oderwania od świata. Przyczynek do analiz teraźniejszości", w: tenże, Apologia przypadkowości, tłum. Krystyna Krzemieniowa, Oficyna Naukowa, W-wa 1994. (powrót do tekstu)
2. Ale nie tylko. Swego czasu w chorobliwe wręcz podniecenie poznawcze wprawiło mnie odkrycie, że ‘zdziecinnienie’ nie jest li tylko czczą gadaniną humanistów, ale znajduje swoje pokrycie na polu przyrodoznawstwa. Mam tu na myśli obecną we współczesnym ewolucjonizmie koncepcję neotenii. Jest to przesunięcie momentu, kiedy organizm osiąga dojrzałość seksualną, szybsze pojawienie się zdolności rozrodczej. Krótko mówiąc: mechanizm ten poprzez specyficzną zasadę doboru generuje ‘zdziecinniały’ gatunek. (powrót do tekstu)
3. W miejscu tym zamiast słów samego wzmiankowanego, przytoczę krótką syntezę zapisaną przez Baumana: „Lyotard powiada, że istota człowieczeństwa znajduje najpełniejszy wyraz w dziecku: niepokornym, niesfornym, nie uznającym żadnych 'twardych realiów' i zbuntowanym przeciw wszelkim granicom; nieposkromienie ciekawym i awanturniczym z usposobienia. Ale cała nasza koncepcja 'dojrzewania' polega na oddalaniu się od dzieciństwa, a więc na poskramianiu lub wygaszaniu tych właśnie najbardziej człowieczych właściwości”.(Zygmunt Bauman, Roman Kubicki, Anna Zeidler-Janiszewska, "Humanista w ponowoczesnym świecie. Rozmowy o sztuce życia, życiu sztuki i innych sprawach.", Wydawnictwo Zysk i S-ka)(powrót do tekstu)
4. Na marginesie tych rozważań zapisuję następującą uwagę: czy nie jest tak, iż przy ujmowaniu pewnych treści precyzyjne określenia nie znajdują pełnego zastosowania i nie mogą zastąpić nieprecyzyjnej przenośni? (powrót do tekstu)
5. Czemu trzy? Ponieważ dla przejrzystości wywodu potrzebna mi mała liczba konstytutywnych właściwości analizowanego zjawiska. Trzy jest liczbą małą, a poza tym z jakichś niewyjaśnionych powodów narzuca mi się w sytuacjach, gdy ze zbioru liczb muszę dokonać arbitralnego wyboru tej jednej, jedynej. Taką liczbą jest też niebiańskie siedem, ale nie w tej skromnej pracy jej miejsce. Jest zbyt duża. (powrót do tekstu)
6. Traktując to jako zalecenia, mogę dopisać kontynuację akapitu w postaci ekscerptu wyjętego z tekstu Lyotarda: „...podążając tą drogą, nie zamykamy się w wieży z kości słoniowej, nie odwracamy się plecami do nowych środków wyrazu, w które wyposażają nas współczesna nauka i technika. Przeciwnie, staramy się wraz z nimi i za ich pośrednictwem zaświadczyć o tym, co się jedynie liczy - o dziecięcej świeżości spotkania, o gotowości przyjęcia tego cudu, że coś się zdarza, o szacunku dla wydarzenia.” (z: Jean-Francois Lyotard, "Postmodernizm dla dzieci. Korespondencja 1982-1985.", tłum. J. Migasiński, Fundacja Aletheia, W-wa 1998) (powrót do tekstu)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz