sobota, 9 stycznia 2010

Jeśli czujesz, że myślisz, to się mylisz


Od czasu do czasu, gdy trafiam na szczególnie mocno ufortyfikowane bastiony bezmyślności, za łudzącymi szańcami pozornej dyskusji ze zdziwieniem ponownie odkrywam tego samego potwora. Jest to rodzaj wynaturzenia racjonalności, które najkrócej mógłbym określić jako mylenie emocji z myśleniem. Sprawa jest prosta, więc sądzę, iż w miarę łatwo i bezboleśnie uda mi się ją wyłożyć.

Zacznę klasycznie, od krótkiego zdefiniowania podstawowych pojęć, tak by jasne było o co mi się tutaj rozchodzi, co z czym i na jakiej podstawie ze sobą zestawiam. I tak myślenie to proces kojarzenia i wnioskowania przeprowadzany na elementach ludzkiej pamięci. Z kolei emocja to stała predyspozycja poznawcza i behawioralna. Uznałbym ją za swego rodzaju skrót w myśleniu, bardzo funkcjonalny mechanizm służący jako gotowy schemat zachowania wobec czegoś, zazwyczaj wyrobiony na podstawie uprzednich doświadczeń lub ewentualnie wpojony przez otoczenie. Stąd nawet chwacki łobuz z najgłębszych mateczników puszczy, który nigdy nie miał do czynienia z czarnoskórą osobą, może już mieć wyrobioną opinię na temat takich osób i ustaloną wobec nich postawę.
Zjawiskiem o tyle nieuniknionym, co niebezpiecznym, jest mieszanie emocji z myśleniem. Sądzę, iż na rzeczy jest tu społeczna natura człowieka, która skłania go do komunikowania się z innymi i wyrażania swojej postawy, nawet jeśli jest to niczym nie uzasadniona wrogość, złość czy niezrozumiałe uprzedzenie. Operowanie językiem jest czynnością racjonalną, sam komunikat też musi być racjonalny. Werbalne wykroczenie poza poziom porykiwań i ćwierkań wymusza na użytkownikach języka uruchomienie intelektualnych funkcji analizujących informacje i pośredniczących w procesie akcja-reakcja. Efektem jest to, że tak często ktoś racjonalnie próbuje nas przekonać o czymś, co kompletnie nie jest racjonalne. Bardzo jaskrawym przykładem będzie tu stronnicza matka broniąca racji swojego dziecka.
Ilustracją tej tezy może być każda inna sytuacja, w której ktoś próbuje racjonalizować postawę emocjonalną. Mówiąc swoim emocjom nadaje pozory rozumowego wywodu, tj. argumentuje, choć w rzeczywistości mógłby do komunikacji użyć prostych odgłosów oddających jego nastroje. Wprowadza to mylne wrażenie, iż konflikt rozgrywa się na poziomie racjonalnym, że da radę go przedyskutować. Problemu nie da rady jednak rozwiązać rozmową dopóty, dopóki obydwaj dyskutanci nie będą operowali czysto racjonalnymi argumentami. Dialog u którego podłoża leżą nieujawnione emocje, emocje pomylone z myślami, ma bardzo duże prawdopodobieństwo na przeistoczenie się w otwarty konflikt, wciąż jeszcze werbalny lub już pozawerbalny. W gruncie rzeczy nie jest to 'przeistoczenie' lecz raczej przepoczwarzenie, osiągnięcie dojrzałej formy, eksplozja.
Przewrotny wniosek – technokratyczne, totalitarne państwo przyszłości będzie oparte na emocjach, a nie na rozumie. Uściślając: zamysł będzie racjonalny, ale wykonanie całkowicie oprze się na uczuciach. To dosyć oczywiste i mało odkrywcze, jeśli spojrzy się na systemy połykające jednostkę – faszysta krzyczący 'Hail!' razem z tysiącem kompanów nie zastanawia się, czy rzeczywiście stoi po dobrej stronie. On to wie, przynajmniej tak mu się wydaje, bo w rzeczywistości – czuje, że wie. Pomieszał emocje z myślami. To samo można powiedzieć o kibolu ryczącym na stadionie lub o bojowym wyznawcy religii. Czy statystyczny wierny usilnie zastanawia nad realną wyższością swojej religii? Może i kiedyś się zastanawiał, może zastanowił się raz i na tej podstawie wytworzył trwałą predyspozycję do pozytywnego wartościowania swojego wyznania i wywyższania go ponad inne. Jednak zagadnięty będzie bronił swojej racji w taki sposób, jakby była ona wciąż odnawianą zdobyczą rozumu.
Problem pomieszania emocji i myśli jest niemal zawsze powiązany z utożsamieniem się: On ma rację, bo jest z mojego państwa! Ma rację, bo jest z mojego miasta! Bo jest moją rodziną! Bo to ja! Asymilacja z jakąś grupą, a tym samym ze stojącym za nią zespołem poglądów, wartości i interesów siłą rzeczy musi się opierać na uproszczeniach. Racjonalna integralność często jest niemożliwa do zweryfikowania, ponieważ system jest zbyt rozległy, zbyt dynamiczny lub część danych jest nam niedostępna. Jedynym wyjściem jest wytworzenie stałej predyspozycji, czyli emocji i utożsamienie się na poziomie uczuciowym. Ma to miejsce w przypadku całości opartych na jakichś twierdzeniach, np. poszczególne teorie w obrębie nauki czy zaufanie do konkretnego eksperta.
Jednak większość utożsamiania, z jakim się stykamy, będzie raczej bazowało na wspólnocie interesów, pod którą ewentualnie podpięty jest prosty zestaw wartości. Inne jeszcze podłoże będzie miało utożsamienie się z samym sobą. Brzmi dosyć absurdalnie, ale też jest straszliwym i niestety pospolitym błędem. W dyskusji chodzi o porównywanie poglądów i racji. W momencie, gdy zespół przekonań zbyt mocno utożsamimy ze sobą, każda perspektywa podważenia naszej opinii jawi się jako ryzyko zniszczenia naszej integralności. Efektem jest tzw. zacietrzewienie, czyli spazmatyczna walka o samego siebie, błędnie pomylonego z zespołem przekonań.
Pomieszanie uczuć i myśli jest nieuniknione. Zadanie każdorazowego przemyślenia swoich postaw i argumentów jest niewykonalne ze względów praktycznych, tym bardziej jeśli uwzględni się gatunkową niechęć ludzi do myślenia. Bez sensu jest więc łudzenie się, iż ulegnie to zmianie. Warto by było jednak wyczulić się na to, że w sytuacjach alarmowych, tj. wtedy, gdy dyskusja przedłuża się i zaognia, nieuchronnie przeistaczając się w kłótnię, należy baczniej przyjrzeć się swoim racjom, gdyż być może stoimy na błędnym stanowisku tylko poprzez emocjonalne odniesienie do głoszonych treści.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz