środa, 28 października 2009

Jakim cudem tu jesteśmy? cz. II / IV

W połowie XX wieku sądzono, że wystarczy zmieszać odpowiednie składniki, a powstanie życie. Przyczynił się do tego eksperyment Stanleya Millera z 1953 roku. Naukowiec połączył dwa pojemniki: jeden zawierający odpowiednik pierwotnego oceanu, a drugi odpowiednik pierwotnej atmosfery. Potraktował to wyładowaniami elektrycznymi imitującymi błyskawice i – voilà! – otrzymał gęstą zupę aminokwasów.

Aminokwasy nazywa się 'klockami do budowy życia'. Z nich skonstruowane są białka. Lecz tu właśnie leży pies pogrzebany, gdyż białko to łańcuch określonych aminokwasów ułożonych w określonej kolejności. Dla przykładu: hemoglobina, która w rankingu złożoności zajmuje dosyć niską pozycję, składa się ze 146 aminokwasów. Oznacza to, że szansa na jej przypadkowe powstanie wynosi 1:10260. Dziwna cyferka obok jest wykładniczym zapisem jedynki z 260 zerami. To trochę za dużo, by wypisywać je tutaj po kolei. Jak dla mnie jest to też trochę za dużo, by wartość ta mówiła mi coś precyzyjnego. Nie chwytam jej intuicyjnie. Rozumiem z tego tyle – rzecz jest nieprawdopodobna poza granice zdrowego rozsądku. Liczyć na to, że coś takiego jak białko powstanie samoistnie, cudownym zbiegiem okoliczności, to jak słynne już oczekiwanie, iż waląca w klawiaturę małpa przez przypadek napisze któreś z dzieł Szekspira. Astronom Fred Hoyle użył innej barwnej paraleli – szansa na to, że przypadkowy proces wyprodukuje proteinę jest tak mała jak to, że po przejściu huraganu przez złomowisko znajdziemy tam gotowego do lotu Boeninga 747. Od oszałamiająco dużych liczb rzucanych przez naukowców jeszcze bardziej lubię ich zaskakujące porównania.
Mimo iż już dawno przekroczyliśmy granicę tego co możliwe, w celu zbadania warunków powstania życia musimy zapuścić się dalej w głąb obszaru nieprawdopodobieństwa. Załóżmy, że aminokwasom udało się połączyć w uporządkowany łańcuch. Teraz cała struktura musi jeszcze powyginać się tak by przyjąć odpowiedni kształt. Na koniec zaś dorzućmy jeszcze jedno absurdalnie niewykonalne wymaganie – białko musi być zdolne do odtwarzania się. Pozwala mu na to nierozerwalne partnerstwo z dziwnym związkiem chemicznym nazywanym kwasem dezoksyrybonukleinowym. Mowa tu o słynnym DNA, od jakiegoś czasu będącego wziętą gwiazdą popkultury.
Cząsteczki DNA to swego rodzaju księgi, w których zapisano wszystko, co do skonstruowania życia potrzebne. Żeby było ciekawiej, bo w jakim innym celu?, DNA jest kompletnie pasywne. Jest instrukcją, władzą ustawodawczą, wykonanie poleceń pozostawia innym. Nie dość tego – DNA przemawia językiem niezrozumiałym dla białka! Swoją drogą jest to dosyć interesujący język, bo złożony tylko z czterech 'liter'. W każdej komórce naszego ciała znajduje się 2 metrowej długości zapis wydukany w czteroliterowym alfabecie. Gdyby wyciągnąć go na zewnątrz, starczyłoby tego na ozdobienie wszystkich choinek na Boże Narodzenie. I jeszcze by zostało, bo mamy w sobie jakieś 20 milionów kilometrów DNA. Z tego punktu widzenia każdy z nas, nawet największy ignorant, jest chodzącą biblioteką.
Okazuje się więc, że dwa podstawowe elementy materii ożywionej nie rozumieją się nawzajem. W takim razie jakim cudem współpracują ze sobą od 4 miliardów lat? Umożliwia im to kolejny zadziwiający wynalazek, RNA. To chemiczny tłumacz, który przekłada wszystko z dezoksyrybonukleinowego na białkowy. Zgrany trójkąt odmiennych cząsteczek musimy jeszcze umieścić w swego rodzaju błonie ochronnej i otrzymujemy komórkę. W jej wnętrzu, i tylko tam, dochodzi do owocnej współpracy zespołu DNA-RNA-białko. Kooperację tę nazywamy życiem.
Według szacunków prawdopodobieństwa białka nie powinny istnieć. Jednak istnieją i to w dużej liczbie rodzajów. W ludzkim ciele jest ich około miliona typów. Każdy z nich to precyzyjny, wysoce wyspecjalizowany mechanizm. Twierdzenie, że powstały samoistnie wydaje się absurdem. Co w takim razie począć ze zdrowym rozsądkiem, gdy spoglądamy na kolejne stopnie komplikacji: komórki, mikroorganizmy, zwierzęta... człowiek? Wydaje się, że za skonstruowanie tego majstersztyku musi być odpowiedzialny jakiś inżynier. Narzuca się pytanie: czy był to rezolutny Absolut, z nieokiełznaną pasją tworzenia, czy może postulowany przez Dawkinsa ślepy zegarmistrz, czyli bezpodmiotowy proces selekcji zdeterminowany obowiązującymi we wszechświecie prawami?

Jako intermezzo w naszej ciężkiej fizyczno-metafizycznej przeprawie - klasyka piosenki kosmologicznej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz